Podróże kulinarne i nie tylko, z dzieckiem i zbyt dużą ilością technologii.
Blog > Komentarze do wpisu

Jamie#15: Łosoś w zielonej herbacie, ryż kokosowy i warzywa miso

Zazwyczaj jemy sporo ryb i owoców morza, bądź to w formie ryby w panierce, kiedy mi się spieszy (poza tym, które dziecko nie uwielbia paluszków rybnych?), bądź pod postacią ulubionego chińskiego łososia z grilla, bądź wrzucając krewetki gdzie się tylko da. Edzio do niedawna był wyłącznie rybożerny i mięsa nie tykał, teraz to się trochę zmienia, ale wciąż na morskie stwory reaguje z większym entuzjazmem niż na lądową padlinę. Dlatego też ze zdziwieniem zauważyłam, że poza nędznymi resztkami krewetek w niedawnej paelli ryby nie jedliśmy ze dwa tygodnie. Tak więc czas na coś z morza, a że dzięki wokowi wciąż mam fazę na dania orientalne padło na łososia quasi-japońskiego.

Co prawda wok jest w tym przepisie zbędny, ale znów jest żonglowanie garnkami, choć ciężko mieć o to pretensje skoro jest ryba, warzywa i ryż. Za to całość nie jest przesadnie skomplikowana i nie przyprawia o zawał serca. Tym razem przygotowałam zawczasu dressing do warzyw żeby mieć jedną rzecz z głowy. I całe szczęście wyciągnęłam z lodówki rybę, dzięki czemu zorientowałam się, że trzeba ją oskrobać. Hm, jakoś nigdy nie skrobałam wcześniej łososia, myślałam, że taki z supermarketu przychodzi bez łusek… A tu okazuje się, że jest ich całe mnóstwo, musiałam ich zjeść już w życiu z pół kilo - ten piękny srebrny połysk na skórce to właśnie łuski. Są dużo mniejsze i delikatniejsze niż karpiowe, ale jednak ich usunięcie robi wielką różnicę. 

Modyfikacje: W zasadzie symboliczne. Znów użyłam pełnotłustego mleka kokosowego, bo takie mi zostało z dim sumów, dodając odrobinę więcej wody do ryżu. Dosoliłam tez ryż i użyłam sporo więcej herbaty do panierki, bo jedna torebka wystarczyła na całego jednego fileta. Oraz, jak zapewne już zgadliście, podzieliłam ilość kolendry przez dwa. Poza tym rybę usmażyłam na oleju rzepakowym, oliwa żywcem do kuchni orientalnej nie pasuje.

Największe wyzwanie: Pilnowanie garów żeby wszystko doszło, kiedy trzeba. Nie udało mi się tylko z zieleniną, brokuły jak zwykle się rozpadły, ale nie wpłynęło to nijak na ich smak, tylko wyszły mniej fotogeniczne. Oraz, jak się okazuje, zrobienie ostrego zdjęcia komórką. Chyba popełnię obciach i kupię sobie mini statyw do telefonu... Na razie muszą mi wystarczyć brutalne filtry z Picasy.


Największe zaskoczenie: Sos do warzyw, który wydawał mi się nieco podejrzany, wyszedł pyszny! Poza tym ryżu jest całe mnóstwo, nie da rady zjeść wszystkiego. Następnym razem zrobiłabym mniej ryżu a więcej ryby. I więcej sosu!

Werdykt dorosłych: Mieszany. Marcin uznał, że całość jest niezła, ale niedoprawiona, mnie całkiem smakowało. Nie da się ukryć, że spora ilość łagodnego ryżu i przyprawiona głównie herbatą ryba mogę być nieco nudne, ale odpowiednia ilość soli i pieprzu bardzo poprawiła sprawę, a według mnie warzywa wyrównują te braki z naddatkiem. Sos, co do którego miałam podczas miksowania spore wątpliwości, okazał się być clue programu. Intensywny, z idealna równowagą słonego, pikantnego, kwaśnego i słodkiego smaku. Nie wiem, czy wyczułabym w nim miso, gdybym o nim nie wiedziała, ale nuta umami jest bardzo wyczuwalna. Nawet kolendra jest na miejscu. Jedyny minus to ten, że trzeba tym sosem polać całą resztę dania, a jest go zdecydowanie za mało, więc rzeczywiście całość traci.


Werdykt Edzia: Tym razem całość wyraźnie przypadła mu do gustu. Obgryzł trochę strąków groszku, pochłonął sporo ryżu i trochę ryby, ale największym hitem była chrupiąca skórka od łososia. Warto było skrobać te łuski! Mnie tez bardzo przypadła do gustu, choć Marcin na widok rybiej skóry zawsze się krzywi. I dobrze, tym więcej dla nas. Poza tym pępił się strasznie do kawałków chilli, i to już nie pierwszy raz. Co najdziwniejsze, choć nie był w stanie jej zjeść, po wylizaniu nie zrobił się czerwony ani nie rozpłakał, tylko spokojnie uznał, że woli jednak co innego. Chilli była akurat wyjątkowo pikantna, więc chyba podniebienie ma w tatę. Swoja drogą, zaczyna być widać efekty dwujęzyczności w mowie codziennej– na zmianę twierdził, że chilli jest pikantna i gorąca, kalka językowa jako żywo ;)

czwartek, 03 kwietnia 2014, konishiko

Polecane wpisy