Podróże kulinarne i nie tylko, z dzieckiem i zbyt dużą ilością technologii.
Blog > Komentarze do wpisu

Jamie#17: Tuńczyk z salsą verde, sycylijska sałatka z makaronem oraz bonusowe ciacha

Po przerwie higienicznej zabrałam się znowu za gotowanie z okazji długiego weekendu majowego. U nas to tylko trzy dni, bo Brytyjczycy rozsądnie mają wolny po prostu pierwszy poniedziałek po pierwszym maja.  Kolacja miała być w dzień maratonu sztafetowego Marcina, wiec przepis wybrałam metodą „na kogo wypadnie na tego bęc” kierując się głównie jak największą ilością kalorii. Przy okazji odkryłam, ze najbardziej kaloryczne w książce są dania rybne i wegetariańskie, ot ciekawostka…

Cale szczęście tuńczyk z makaronem okazał się powrotem do dobrej formy. W ogóle wszystkie kluski, jakie dotychczas wypróbowaliśmy dawały radę, wiec chyba zrobię je wszystkie. Poza tym był dość przyjazny w gotowaniu, choć przyznaję, ze ostatnio czytam wszystko dwa razy (w końcu!) i zmieniam kolejność tak, żeby przez ostatnie 10 minut się nie spieszyć i mieć czas na zaganianie rodziny do stołu. Tak więc 15 minut zmienia się średnio w 30, za to bez stresu.

Jeśli chodzi o stres, dziś po raz czwarty jedliśmy pyszne gnocchi z kiełbaskami, a po raz drugi próbował je przyrządzać Marcin. Niestety znów poległ zupełnie w starciu z chaotycznym (bądź ekonomicznym, jak kto woli) sposobem pisania Jamiego, skończyło się na lekko przypalonej kiełbasie, ogólnym pokrzykiwaniu i podenerwowaniu oraz panicznym gonieniu syna, który uznał, że skoro rodzice są zajęci sobą, to on pójdzie na spacer na stację kolejową, kiedy nikt nie patrzy;)

No, ale dziś miało być o tuńczyku, więc jedziemy dalej.

  • Modyfikacje: Bardzo niewielkie, zamiast rukoli wrzuciłam na oko mieszanych liści z rukolą, podobnie na oko odmierzałam składniki salsy verde. Być może też chlapnęło mi się za dużo soku z cytryny, bo używam gotowego w butelce zamiast wyciskać.
  • Największe wyzwanie: Znów prawie żadne, tylko pilnowanie żeby tuńczyk równo się usmażył, a w środku wciąż był różowy. Prawie się udało – różowy był, ale jakoś z jednej strony bardziej niż z drugiej.
  • Największe zaskoczenie: Hm, chyba żadne. Brzmiało dobrze, wyglądało dobrze, smakowało dobrze. I smakowało tak jak wyglądało – lekko i letnio.
  • Werdykt dorosłych: Bardzo smaczne, aromatyczne danie pachnące latem. Pysznie przegryziony pieczona papryką makaron dobrze kontrastuje z salsą i rybą. Moja salsa wyszła nieco za kwaśna, ale jak pisałam wyżej, chyba mi się za bardzo chlapnęło. Następnym razem postaram się użyć własnoręcznie upieczonej papryki – ta ze słoika jest jednak dla mnie zbyt octowa i za mało aromatyczna. Poza tym kolejny sukces makaronowy, choć wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą, jak ugotować conchiglie tak, żeby nie wchodziły jedna w drugą i się tak nie sklejały, to chyba jakaś włoska sztuka tajemna.
  • Werdykt Edzia: Dość pozytywny. Chętnie zjadł makaron z salsą nie przejmując się kwasowością, ale znany jest z tego, że próbuje przy stole wysysać cytryny, więc w sumie się nie zdziwiłam. Zjadł kawałeczek tuńczyka, ale chyba uznał że to jednak nie ryba dla niego, więc zamiast tego dostał nieco jajecznicy ;)

 

A teraz obiecany bonus. Naszło mnie ostatnio na wypieki, a poza tym potomek od Wielkanocy i związanego z nią nagłego wysypu słodyczy i czekolady chodzi po domu i męczy bądź to o „jajka wielkanocne” (czekoladowe oczywiście), bądź o pierniczki.

Sięgnęłam więc po Asha Maira i jego piękną hiszpańską książkę kucharską. Do deserów z niej śliniłam się już od dłuższego czasu, niestety większość jest dość skomplikowana (jak przystało na zwycięzcę Masterchefa dla zawodowców), nieprzyzwoicie słodka albo i jedno i drugie. Mini biszkopciki z brązowym masłem są tylko nieprzyzwoicie słodkie, za to proste i pyszne. Uwielbiam biszkopty na mielonych migdałach, a te dodatkowo powalają maślanym aromatem. Niestety, ulatnia się on dość szybko, więc najlepiej zjeść je w dzień upieczenia. Jeśli nie znikną od razu, dobrze schować je do puszki, żeby nie wyschły, ale im świeższe tym lepsze!

 

Biszkopciki migdałowe z brązowym masłem

Proporcje na 30 sztuk (zrobiłam z połowy, dbamy o linię)

·         75 g masła, plus dodatkowo do smarowania foremek

·         ½ laski wanilii

·         50 g mąki

·         50 g zmielonych migdałów

·         150 g bardzo drobnego cukru

·         4 białka

·         50 g migdałów w płatkach

 

Nagrzewamy piekarnik do 200°C, smarujemy dobrze masłem małe foremki do muffinów.

Rozpuszczamy masło w rondelku na średnim ogniu. Podgrzewamy mieszając aż zbrązowieje i zacznie mieć orzechowy aromat. Zdejmujemy z ognia i przelewamy do miseczki, żeby ostygło i się nie spaliło. Wydłubujemy nożem ziarenka z laski wanilii, wrzucamy do ciepłego masła. W misce mieszamy mąkę z cukrem i mielonymi migdałami. W drugiej misce ubijamy białka na sztywną pianę, po czym delikatnie mieszamy z suchymi składnikami. Dodajemy wystudzone masło, delikatnie wszystko mieszamy.

Nakładamy mniej więcej po dużej łyżce ciasta do foremek, posypujemy kilkoma płatkami migdałów. Pieczemy 10-12 minut albo dopóki się nie zezłocą (mnie w piekarniku 180C z nawiewem zajęło ok. 13 minut). Po kilku minutach wyjmujemy z foremek, studzimy na kratce.


niedziela, 11 maja 2014, konishiko

Polecane wpisy