Podróże kulinarne i nie tylko, z dzieckiem i zbyt dużą ilością technologii.
środa, 22 października 2014

Znajoma na FB przyznała się ostatnio do alienacji wywołanej perfekcyjnie wyglądającymi blogami kulinarnymi znajomych. Mimo ze pichcę i piszę o pichceniu, tez czasami tak się czuje oglądając idealne zdjęcia na innych blogach, szczególnie takie gdzie każdy etap procesu gotowania wygląda równie pięknie...

Mój blog i pewnie wiele innych to przecież jedna wielka ściema: robię zdjęcia tylko temu, co wyjdzie, sprzątam wcześniej ze stołu zabawki i wycieram plamy, gonię dziecko, żeby nie rozwaliło prezentacji na półmisku a brak umiejętności fotograficznych maskuję filtrami. I nigdy, przenigdy nie robię zdjęć podczas gotowania bo zamiast pięknie i apetycznie wyłożonych świeżych składników widać by było te wszystkie otwarte puszki i ogólny Armageddon.

Nadszedł chyba czas żeby przerwać te zmowę milczenia, zatem startujemy z nowym cyklem. Będzie szczerze, malowniczo i czasem niecenzuralnie. Chciałam swego czasu założyć bloga o porażkowych eksperymentach w laboratorium i o granicach naciągania protokołów, ale jako ze a laboratorium uciekłam już parę lat temu to niech będzie o granicach wytrzymałości materii kuchennej.

Musze zacząć od anegdoty. 12 lat temu przyjechałam do Niemiec jako świeżo upieczona studentka podyplomowa, z budżetem bardzo studenckim. Poznałam faceta, który był miły i dobrze gotował, postanowiłam się odwdzięczyć i zaprosić go na niedzielny obiad, najlepiej na jakiegoś pieczonego kurczaka bo to się musi udać, nie? W sobotę wsiadłam więc na rower i zawitałam do supermarketu, gdzie moja znajomość języka niemieckiego oraz anatomii drobiu zostały wystawione na trudna próbę. W końcu zobaczyłam na półce jakieś kawałki ładnie zawinięte w folie i w bardzo dobrej cenie, wiec starczyło jeszcze na sporo piwa. Dopiero w niedziele odpakowałam moje znalezisko i dotarło do mnie, ze kupiłam... kurze korpusy! Ale cóż, w Niemczech w niedziele nie dało się wtedy kupić nic, wiec doprawiłam, upiekłam, zrobiłam ziemniaki, schłodziłam dużo piwa a facet, choć popatrzył się nieco dziwnie, zrobił dobra minę do złej gry, zjadł i nawet nie przestał ze mną chodzić. Dopiero jakiś rok później zaczął się ze mnie niemiłosiernie nabijać i przestał dopiero niedawno. A ja wiem, ze cokolwiek w kuchni nie spieprzę, kurzych korpusów i tak nie przebiję ;)

korpus_kulinarny1

Zdjęcie pochodzi ze strony www.michdrob.pl, z działu "produkty świerze" :)

Siedzę w domu i choruje, wiec mam czas na bardziej pracochłonne przepisy. uwielbiam brytyjska zapiekankę z ryby i ziemniaków czyli fish pie. Można ja zrobić wrzucając wszystkie składniki razem, ale gdzie tam, ambitnie wzięłam się za wersje klasyczną, wymagającą powolnego duszenia ryby w mleku z przyprawami, a potem użycia tegoż mleka do beszamelu celem zachowania pełni rybiego smaku. Stoję wiec, pilnuję tego cholernego mleka, którego nalałam do małej patelni, oczywiście zagotować się nie chce, bo się na nie patrzę wiec idę sobie sprawdzić maile. Po chwili z kuchni dobiega mnie rzecz jasna smród spalonego mleka delikatnie zaciągniętego wędzona ryba. Niestety fotkę machnęłam już po usunięciu części zniszczeń, ale wiadomo o co chodzi. Mleko na gazie istnieje w dwóch stanach skupienia: "za cholerę się nie zagotuje" albo "właśnie wykipiało i usyfiło wszystko".

 image23

Przez chwile zastanawiałam sie, czy warto ten cenny i jakże zajebiscie aromatyczny płyn wydłubywać z kuchenki łyżka, ewentualnie sprytnym system połączonych rurek do napojów, ale popatrzyłam na ilośc podejrzanych przypalonych farfocli zaschnietych na powierzchni kuchenki i dałam spokój. Uratowała mnie wygrzebana z szuflady resztka zaschniętej kostki rybnej. Wiwat Knorr!

 image26

Ostatecznie fish pie wyszedł dość zjadliwy, ale żeby nie było za pięknie postanowiłam go upiec w jednorazowych aluminiowych foremkach żeby się nie męczyć myciem, wiec efekt końcowy i tak przypomina take-away. Smacznego!

 

 

poniedziałek, 20 października 2014

Wakacje, zasuw w pracy, bo moi klienci z kolei chyba w ogóle w tym roku nie brali urlopów i ogólny leń dały mi się we znaki. Blog prawie umarł po raz drugi, ale dzięki Ohanie, która do mnie zlinkowała i dała kopa wracam, choć nieco na tarczy. Przez te parę miesięcy nie pisałam, ale gotowałam, więc następne kilka przepisów będzie nieco mętnych J

Zaczynamy lekko i wegetariańsko, od serowych placuszków. Mój telefon twierdzi, że gotowałam je pod koniec czerwca, na lato pasują jak znalazł. Były pyszne, choć jak mawia Marcin „czuć malizną” – my jedliśmy je jak zwykle na kolację, ale lepiej sprawdziłyby się na lunch. Chyba, że po prostu się nie obcinać i od razu zrobić większą porcję.


  • Modyfikacje: W sumie nie pamiętam, czy coś zmieniałam, przepis jest raczej prosty. Dzieląc przed dwa zaokrągliłam jajo w górę i użyłam całego dużego. Dodałam opcjonalne fileciki anchois, Jamie mnie zupełnie przekonał do wrzucania ich gdzie się da, akurat nie miałam suszonych prawdziwków, więc do sosu weszły podgrzybki.
  • Największe wyzwanie: Jak zwykle przy smażeniu tego typu rzeczy na małej ilości tłuszczu - jak to zrobić, żeby z drugiej strony się nie zwęgliły na całkiem już suchej patelni? Mnie zwęgliły się tylko trochę…
  • Największe zaskoczenie: Wcale nie aż tak nudne, jak na pierwszy rzut oka wyglądało, nawet surowa cukinia świetnie się sprawdziła. Choć do samych placuszków dołożyłam nieco więcej przypraw i parmezanu niż stało w przepisie chyba. No i więcej jaja chyba im pomogło.
  • Werdykt dorosłych: Lekkie, ale smaczne, intensywny i słonawy sos świetnie się komponuje z delikatnymi serowymi placuszkami. Tylko mało!
  • Werdykt Edzia: Na plus! Zjadł ze dwa placuszki, z sosu wyjadł oliwki (od tego czasu zresztą je uwielbia), tylko sałatkę obejrzał, skosztował i w końcu nią pogardził.

wtorek, 16 września 2014

W Amsterdamie byliśmy już kilkakrotnie, wiec zdążyliśmy zaspokoić już głód muzeów i zwiedzania oraz pooglądać dzielnicę czerwonych latarni. Tym razem udało nam się wykroić rodzinny długi weekend miedzy dwoma wyjazdami służbowymi. Z tychże względów służbowych mieszkaliśmy w nudnym hotelu w okolicach Amstelparku, co okazało się być strzałem w dziesiątkę (to znaczy lokalizacja, a nie nudność).

Park jest gigantyczny i pełen atrakcji takich jak mini kolejka, wiewiórki, kangury, pawie, dziwne dzieła sztuki, ale przede wszystkim place zabaw z mega zjeżdżalniami z rurą.

Radość z jaja

Rury nam niestraszne
Polecane od lat 6 w górę, ale jaki prawie trzylatek czyta tabliczki? Holenderskie place zabaw w ogóle dają radę - są duże i urozmaicone, urządzenia zazwyczaj są pomyślane tak, by mogły sie na nich bawić dzieci w różnym wieku, czyli zazwyczaj są dość ambitne. Poza tym jest sporo piaskownic oraz miesc do zabawy z wodą, czyli po prostu produkcji błota - warto mieć pod ręka ubrania na zmianę ;) Najlepszy był chyba w zoo - gigantyczna wielopiętrowa konstrukcja z gęstej linowej siatki, na która mogli wchodzić również rodzice, do tego trzy zjeżdżalnie rożnej długości.

 
Jak to ja nie dam rady wejść?!

 

Dzień w zoo był zaś najlepiej spędzonym dniem w mieście. Amsterdamskie Artis Zoo jest nieduże, centralnie położone i idealnie nadające sie na zasięg kilkuletnich nóg. Wiele z wybiegów zamiast siatki ogrodzonych jest wodą, wiec wszystko swietnie widać. Na przykład afrykańska krowę robiacą kupę, która na Edziu i jego koleżance zrobiła ogromne wrażenie. Poza tym hitem były małpy rożnego rodzaju, szczególnie szympansy jedzące obiad w wysokich gniazdach i rozrzucajace resztki po całej okolicy. Na końcu zaliczylismy motylarium (które wywołało radosny okrzyk "Dżunglaaa!") oraz basen pełen wyjątkowo ruchliwych fok, które można było obserwować od strony dna, i tak upłynął nam prawie cały dzień.

 

nieżywe małpy...

 

... i żywe lemury.

 

Poza tym plywaliśmy łodzią po kanałach (meh), jeździliśmy wszystkimi możliwymi środkami transportu (metro yeah!) i jedliśmy naleśniki oraz lody czekoladowe. Nie zdążyliśmy wypożyczyć roweru z przyczepką na dziecko, pójść do muzeum nauki Nemo, oraz wejść do muzeum morza, choć wiele jego eksponatów obejrzeliśmy z bliska w porcie. Wrócimy tu na pewno i zaliczymy zaległości, ale następnym razem postaramy sie uniknąć zakupu na lotnisku gigantycznego balona w kształcie samolotu, który potem trzeba będzie wszędzie ze sobą targać...

Lody w deszczu. Czego chcieć więcej?

niedziela, 13 lipca 2014

Ostatnio gotuję jak najęta, a pisać nie ma czasu i siły. Ale że akurat padło na trzy bardzo podobne przepisy, to niech tam, zrobię trzy w jednym. Kuchnię Maghrebu w domu bardzo lubimy, choć żadne z nas nie było nigdy w Maroku – aromatyczne przyprawy, mięso w towarzystwie owoców, kuskus – to wszystko bardzo nam podchodzi. Ale większość dań znamy – jak chińszczyznę – mocno przefiltrowanych przez europejskie gusta. Jamie również filtruje i zmienia, ale ze smakowitymi efektami, a poza tym korzystając ze składników, które nigdy mi się z ta kuchnią nie kojarzyły, czyli z ryb i owoców morza.

Te trzy przepisy mają kilka wspólnych elementów, dość kluczowych. Po pierwsze – kiszone cytryny. Słyszałam o nich, czytałam w kolumnie Yottama Otolenghiego w „Guardianie”, ale jawiły mi się jako cos niemożliwie egzotycznego i trudnego do zdobycia. Rzeczywiście kupić się ich łatwo nie da, ale można spokojnie samemu zrobić, jak radzi na przykład facet z nożem. Mnie się udało je nabyć w Tesco w formie już zmacerowanej, były pyszne, choć nie wiem jak bardzo zbliżone smakiem do oryginału. Jedną cytrynę zastępowałam kopiasta łyżką cytrynowego maceratu. Daje niezwykły aromat – kwaśny, słony, odświeżający, ale dużo łagodniejszy niż by się można spodziewać.

Po drugie – kuskus. Nie może być za mokry ani mdły, wymaga doprawienia. W tażinie rybnym doprawiony jest tylko cytryną, za to polewa się go mnóstwem pysznego sosu. W pozostałych dwóch przepisach wymieszany z warzywami lub salsą i posypany ziarnami granatu stanowi kompletny dodatek typu ciepła sałatka.

Po trzecie – owoce. Wspomniany granat, klementynki z marchewką towarzyszące tażinowi, suszone morele zmiksowane z marynowana papryką towarzyszące doradzie. Nie byłam do końca przekonana, jak ten element sprawdzi się w kombinacji z rybami, ale mówiąc szczerze daje radę. Poza tym mamy oczywiście nieśmiertelny jogurt z harissą i kolendrę, oba tym razem jak najbardziej na miejscu.


Poza tym wszędzie przewija się szafran, który należy moczyć klika minut. Niestety jest to raczej bez sensu, jeśli już używać szafranu, to trzeba mu dać z dobre pół godziny, żeby wypuścił kolor i aromat.

  • Modyfikacje: Tażin zrobiłam z dorszem, a doradę zastąpiłam labrkasem, bo to akurat udało mi się znaleźć. Obie ryby dały radę, niestety smażąc labraksa przypomniałam sobie, że moja ulubiona patelnia przywiera i nadaje się do wyrzucenia, więc jego zdjęć nie ma - wyglądał dość nędznie poszarpany na kawałki. Kraba akurat miałam samo białe mięso – pół na pół mrożone i z puszki.
  • Największe wyzwanie: Tażin był bardzo prosty, za to robiąc briki krabowe po raz pierwszy w życiu manewrowałam ciastem filo. Jest przyjazne w obsłudze, ale przygotowałam paczuszki z kraba troszkę za wcześnie – przez godzinę ciasto nasiąkło i zaczęło się trochę rozłazić. Całe szczęście po usmażeniu nic nie widać. No i smażenie labraksa zakończyło się porażką, poza tym na ten przepis rzeczywiście miałam 15 minut, więc było ciężko.

  • Największe zaskoczenie: Ryby i kuskus do siebie pasują! Chyba jednak sekret tkwi w kiszonej cytrynie – dzięki niej sosy nie staja się ciężkie, a smaki ładnie się komponują.
  • Werdykt dorosłych: Wszystkie trzy dania zdecydowanie na plus. Najlepsze były chyba krabowe briki (byłyby jeszcze lepsze, gdyby usmażyć je na całym mnóstwie oliwy, a nie łyżce), potem tażin, na końcu smażona ryba. Ale może po prostu nam się już przejadło, poza tym ryba robiona byłą w pośpiechu i paru szczegółów zapomniałam (na przykład posypania wszystkiego orzeszkami).

  • Werdykt Edzia: Różnie, ale w sumie tez na plus. Kuskus uwielbia w każdej postaci, tażinu też zjadł sporo (oraz surówki – marchewka z mandarynką o jest to!), z kraba obgryzł głównie chrupiące ciasto, a na trzecie danie pokręcił nosem nawet nie spróbowawszy. Poza tym jak widać na zdjęciach, robi się coraz bardziej samoobsługowy :)
niedziela, 29 czerwca 2014

Nie mam dziś za bardzo weny na pisanie, ale obiecałam sobie, że nadrobię straty zanim zapomnę zupełnie, co to za cuda mam an zdjęciach. W 15-minutowych przepisach jest zaledwie kilka zup, ale w sumie jest to zrozumiałe, bo dobra zupa zazwyczaj potrzebuje z pół godziny. Szkoda jednak, bo zupy lubię robić a rodzina jeść. Króluje u nas kilka, prosta soczewicowo-pomidorowa, krem z dyni po tajsku oraz zabielany krupnik grzybowy z… przepisów diety Tesco. Bałam się, że ta pomidorówka będzie mało esencjonalna, więc od razu zamiast wody dodałam rosołu, ale duża ilość przypraw i meksykańskich smaków i tak uchroniłaby ją przed nudą. Zdziwił mnie ponadto dodatek pieczonych papryk ze słoiczka – zazwyczaj zawierają sporo octu, a zupa już była kwaskowa, ale nie było tak źle. Musze jedna k zacząć robić własne pieczone papryki w zalewie, smak kupnych się nie umywa. Najfajniejsze ze wszystkiego są chyba dodatki i posypki, można sobie posypywać i mieszać do woli. Teraz musze wygrzebać z otchłani Internetu przepis na meksykańską zupę z czarnej fasoli z serem – jadłam dawno temu u znajomych Meksykanów i do dziś pamiętam ;)


  • Modyfikacje: Dodałam rosołu zamiast wody, zmniejszyłam ilość nieuchronnej kolendry, (choć siłą przyzwyczajenia prawie zaczynam ją już lubić), dałam o połowę mniej soku z limetki i zignorowałam fetę, która jest tu nieco od czapy. Poza tym zawsze mam problem jak zużyć resztę opakowania fety zanim się zepsuje…
  • Największe wyzwanie: Chipsy z tortilli! Pieką się diabelnie szybko, zagapiłam się minutę i już były lekko zwęglone. Poza tym całość jest banalnie prosta.

  • Największe zaskoczenie: Zupa nie była aż tak kwaśna, jak się obawiałam. Choć gdybym trzymała się przepisu to nie wiem, czy była by jadalna.
  • Werdykt dorosłych: Smaczne, sycące, pikantne. Nie mam pojęcia, czy autentyczne, ale co tam. Dla Marcina kwaśne w sam raz, dla mnie odrobinę zbytnio. Ale i tak wchodziło aż miło.
  • Werdykt Edzia: Co prawda lubi kwaśne, ale zupa go jakoś nie zachwyciła, za to chętnie zjadł awokado. Ale zdecydowanie uwagę od wszystkiego innego odwróciły chipsy - nie odstraszyła go nawet zapieczona chili.
niedziela, 22 czerwca 2014

Nie pisałam tak długo, że prawie już spisałam bloga na straty, ale gotowałam po cichutku, więc mam teraz trochę do nadrobienia. Obecny zryw zawdzięczam głównie HabitRPG, które w końcu pokazało mi uaktualnienie bloga w kolorze krwawej czerwieni.

Więc bez dłuższych wstępów kolejne kluski i znowu wyśmienite. W temacie carbonary toczą się odwieczne spory o to, co jest prawdziwa carbonarą a co nie, niektórzy twierdzą, że powinna się w nim znaleźć śmietana, inni za śmietanę od razu nakładaliby kulinarną ekskomunikę. Tu śmietany nie ma, za to jest nieśmiertelny jogurt a przepis został zhiszpańszczony zastępując pancettę chorizo, co od razu anuluje argumenty obu stron, więc zwolennicy obydwu wersji mogą zawiesić broń na kołku i zgodnie pałaszować, bo efekt jest smakowity. A na dodatek to jeden z prostszych przepisów z książki, choć ostatnio programowo czasu już nie mierzę, spokojnie do zrobienia w 15-20 minut razem z sałatką. Zresztą sałatka też niczego sobie.


  • Modyfikacje: Makaron zrobiłam niemal dokładnie według przepisu (no dobrze, nie miałam akurat penne) dosypując tylko odrobinę sera manchego, za to sałatka była, powiedzmy szczerze, luźna inspiracją. Zdobycie samej cykorii bądź endywii okazało się wykraczać poza moje możliwości, zadowoliłam się gotowa mieszanką z odrobiną włoskiej czerwonej cykorii. Podarowałam sobie też szpinak, mandarynki zastąpiłam jabłkiem (chyba po raz pierwszy od roku nie miałam jakimś cudem w domu ani jednej) a ocet z sherry octem z czerwonego wina. Ostatnio gotujemy jednak tyle rzeczy w hiszpańskim klimacie, że chyba się na niego w końcu szarpnę.

  • Największe wyzwanie:  W sumie żadne. Carbonara niezależnie od wersji jest błyskawiczna, a sałatka nie wymagała niczego skomplikowanego poza uprażeniem orzeszków.
  • Największe zaskoczenie: Ani śladu kolendry, jak to możliwe? ;)
  • Werdykt dorosłych: Milcząc żwawo jedli. Z chorizo wszystko jest lepsze, jak się okazuje carbonara też. W sałatce owocowo – serowa nuta świetnie komponowała się z gorzkawą mieszanką liści. Całość jest pyszna, dobrze zbalansowana, nie zostało nic, nawet zieleniny. Zdecydowanie powtórzymy i to nie raz.
  • Werdykt Edzia: Jak dotąd najchętniej chyba przyjęty przez niego przepis, swoją porcję makaronu wprost pochłonął i poprosił o dokładkę, z sałatki chętnie wyjadł jabłka, ser i orzeszki mimo obfitego skropienia octem.

niedziela, 11 maja 2014

Po przerwie higienicznej zabrałam się znowu za gotowanie z okazji długiego weekendu majowego. U nas to tylko trzy dni, bo Brytyjczycy rozsądnie mają wolny po prostu pierwszy poniedziałek po pierwszym maja.  Kolacja miała być w dzień maratonu sztafetowego Marcina, wiec przepis wybrałam metodą „na kogo wypadnie na tego bęc” kierując się głównie jak największą ilością kalorii. Przy okazji odkryłam, ze najbardziej kaloryczne w książce są dania rybne i wegetariańskie, ot ciekawostka…

Cale szczęście tuńczyk z makaronem okazał się powrotem do dobrej formy. W ogóle wszystkie kluski, jakie dotychczas wypróbowaliśmy dawały radę, wiec chyba zrobię je wszystkie. Poza tym był dość przyjazny w gotowaniu, choć przyznaję, ze ostatnio czytam wszystko dwa razy (w końcu!) i zmieniam kolejność tak, żeby przez ostatnie 10 minut się nie spieszyć i mieć czas na zaganianie rodziny do stołu. Tak więc 15 minut zmienia się średnio w 30, za to bez stresu.

Jeśli chodzi o stres, dziś po raz czwarty jedliśmy pyszne gnocchi z kiełbaskami, a po raz drugi próbował je przyrządzać Marcin. Niestety znów poległ zupełnie w starciu z chaotycznym (bądź ekonomicznym, jak kto woli) sposobem pisania Jamiego, skończyło się na lekko przypalonej kiełbasie, ogólnym pokrzykiwaniu i podenerwowaniu oraz panicznym gonieniu syna, który uznał, że skoro rodzice są zajęci sobą, to on pójdzie na spacer na stację kolejową, kiedy nikt nie patrzy;)

No, ale dziś miało być o tuńczyku, więc jedziemy dalej.

  • Modyfikacje: Bardzo niewielkie, zamiast rukoli wrzuciłam na oko mieszanych liści z rukolą, podobnie na oko odmierzałam składniki salsy verde. Być może też chlapnęło mi się za dużo soku z cytryny, bo używam gotowego w butelce zamiast wyciskać.
  • Największe wyzwanie: Znów prawie żadne, tylko pilnowanie żeby tuńczyk równo się usmażył, a w środku wciąż był różowy. Prawie się udało – różowy był, ale jakoś z jednej strony bardziej niż z drugiej.
  • Największe zaskoczenie: Hm, chyba żadne. Brzmiało dobrze, wyglądało dobrze, smakowało dobrze. I smakowało tak jak wyglądało – lekko i letnio.
  • Werdykt dorosłych: Bardzo smaczne, aromatyczne danie pachnące latem. Pysznie przegryziony pieczona papryką makaron dobrze kontrastuje z salsą i rybą. Moja salsa wyszła nieco za kwaśna, ale jak pisałam wyżej, chyba mi się za bardzo chlapnęło. Następnym razem postaram się użyć własnoręcznie upieczonej papryki – ta ze słoika jest jednak dla mnie zbyt octowa i za mało aromatyczna. Poza tym kolejny sukces makaronowy, choć wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą, jak ugotować conchiglie tak, żeby nie wchodziły jedna w drugą i się tak nie sklejały, to chyba jakaś włoska sztuka tajemna.
  • Werdykt Edzia: Dość pozytywny. Chętnie zjadł makaron z salsą nie przejmując się kwasowością, ale znany jest z tego, że próbuje przy stole wysysać cytryny, więc w sumie się nie zdziwiłam. Zjadł kawałeczek tuńczyka, ale chyba uznał że to jednak nie ryba dla niego, więc zamiast tego dostał nieco jajecznicy ;)

 

A teraz obiecany bonus. Naszło mnie ostatnio na wypieki, a poza tym potomek od Wielkanocy i związanego z nią nagłego wysypu słodyczy i czekolady chodzi po domu i męczy bądź to o „jajka wielkanocne” (czekoladowe oczywiście), bądź o pierniczki.

Sięgnęłam więc po Asha Maira i jego piękną hiszpańską książkę kucharską. Do deserów z niej śliniłam się już od dłuższego czasu, niestety większość jest dość skomplikowana (jak przystało na zwycięzcę Masterchefa dla zawodowców), nieprzyzwoicie słodka albo i jedno i drugie. Mini biszkopciki z brązowym masłem są tylko nieprzyzwoicie słodkie, za to proste i pyszne. Uwielbiam biszkopty na mielonych migdałach, a te dodatkowo powalają maślanym aromatem. Niestety, ulatnia się on dość szybko, więc najlepiej zjeść je w dzień upieczenia. Jeśli nie znikną od razu, dobrze schować je do puszki, żeby nie wyschły, ale im świeższe tym lepsze!

 

Biszkopciki migdałowe z brązowym masłem

Proporcje na 30 sztuk (zrobiłam z połowy, dbamy o linię)

·         75 g masła, plus dodatkowo do smarowania foremek

·         ½ laski wanilii

·         50 g mąki

·         50 g zmielonych migdałów

·         150 g bardzo drobnego cukru

·         4 białka

·         50 g migdałów w płatkach

 

Nagrzewamy piekarnik do 200°C, smarujemy dobrze masłem małe foremki do muffinów.

Rozpuszczamy masło w rondelku na średnim ogniu. Podgrzewamy mieszając aż zbrązowieje i zacznie mieć orzechowy aromat. Zdejmujemy z ognia i przelewamy do miseczki, żeby ostygło i się nie spaliło. Wydłubujemy nożem ziarenka z laski wanilii, wrzucamy do ciepłego masła. W misce mieszamy mąkę z cukrem i mielonymi migdałami. W drugiej misce ubijamy białka na sztywną pianę, po czym delikatnie mieszamy z suchymi składnikami. Dodajemy wystudzone masło, delikatnie wszystko mieszamy.

Nakładamy mniej więcej po dużej łyżce ciasta do foremek, posypujemy kilkoma płatkami migdałów. Pieczemy 10-12 minut albo dopóki się nie zezłocą (mnie w piekarniku 180C z nawiewem zajęło ok. 13 minut). Po kilku minutach wyjmujemy z foremek, studzimy na kratce.


środa, 30 kwietnia 2014

Jak zapewne zauważyli ci cierpliwi, którzy doczytują moje przydługie spisy do końca, razem z nami kuchnię Jamiego degustuje Edzio, obecnie prawie dwu i pół roczny. Nasze kulinarne zapędy degustuje, od kiedy się da, czyli od jakiegoś ósmego miesiąca życia, wtedy, bowiem zaczęliśmy na poważnie rozszerzanie diety metodą BLW. Od szóstego miesiąca pojawiły się jakieś banany, jabłka i kaszki, potem gotowane warzywka podawane do ręki oraz przez dość krótki okres czasu miksowane papki. Już wcześniej natknęłam się na spotkaniu La Leche League na książkę Gill Rapley „Bobas Lubi Wybór”, ale Edzio bardzo wolno zabierał się do samodzielnego siadania, które jest wskazane do jedzenia ta metodą, więc zaczęliśmy przecierowo. Ale dość szybko stracił zainteresowanie papkami (szczególnie tymi przygotowanymi w pocie czoła przeze mnie, te ze sklepu jeszcze daway radę) a zwiększył tym, co u nas na talerzu, więc kiedy tylko siedział stabilnie zaczęło się na dobre. 

W ostatnim czasie pojawiło się w polskim Internecie kilka sensownych artykułów na temat BLW, na przykład ten na babyonline.pl, więc nie będę serwować definicji, tylko powiem bardzo krótko jak ja to rozumiem, bo to żadna filozofia. Niemowlęciu dietę rozszerzamy bez stresu, bez wmuszania i odmierzania porcji, wychodząc za założenia, że podstawą diety do pierwszego życia i tak jest mleko. W miarę możliwości nie karmimy go łyżeczką (nie mówiąc już o odwracaniu uwagi samolotem) a pokarmy podajemy nie zmiksowane ani rozgniecione, tylko w takiej formie, w jakiej byśmy sami je jedli. Ich przygotowanie dostosowujemy oczywiście do możliwości dziecka, zarówno  manualnych - tak by mogło sobie wygodnie wszystko chwycić zanim samo nauczy się korzystać ze sztućców, jak i pokarmowych – unikamy soli, rzeczy bardzo twardych dopóki nie pojawi się więcej zębów oraz potencjalnie niosących ryzyko zadławienia takich jak małe orzeszki.

Zadławienie jest przy BLW najbardziej gorącym tematem – ci, którzy się tej metody obawiają albo ją odradzają głównie obawiają się właśnie zadławienia jedzeniem w kawałkach. Podstawowa idea jest taka, że jeśli dziecko potrafi samo coś włożyć rączką do buzi (oczywiście kalafiora a nie pinezkę), to potrafi to tez skonsumować nie robiąc sobie krzywdy. Ot, ewolucja. Tak naprawdę, kiedy dziecko je samo, jest mniejsza szansa, że się zadławi, bo uchroni je przed tym odruch wykrztuśny, który u malutkich dzieci jest dużo mocniejszy niż u dorosłych, a samo nie włoży sobie niczego do gardła tak głęboko jak rodzic łyżeczką. Krztuszenie się i plucie przy jedzeniu jest zupełnie normalne i bezpieczne, ale często początkujący rodzice mylą je z zadławieniem. Tez miałam kilka nerwowych momentów, ale zawsze kończyło się wycharczeniem problematycznego kawałka na stół bez żadnego problemu.

Do niczego nie podchodzę fanatycznie, więc do BLW też nie. Owsiankę czy jogurt często podawałam łyżeczką, na życzenie Edzia, a poza tym bo tak szybciej (szczególnie, jeśli dziecko głodne, a rączki jeszcze dwie lewe), no i nie trzeba tego jogurtu wydłubywać potem zewsząd. Ale głównej zasady, że to dziecko kontroluje ile zje i w jaki sposób się trzymałam i w sumie trzymam do dzisiaj, choć staramy się wpajać Edziowi zasady zachowania się przy stole. Jak na razie jesteśmy na etapie nie wkładania miski na głowę, ale łyżka wciąż często występuje w roli instrumentu perkusyjnego. No i walczymy bezskutecznie (i z niewielkim przekonaniem) z jedzeniem na kanapie. Co z tego, że zawsze siedzieliśmy przy posiłkach razem przy stole, kanapa jest fajniejsza, szczególnie jak można wrzucić między poduszki owsiankę żeby mieć potem na czarną godzinę… Co ciekawe, w weekendy kiedy jesteśmy razem nie jest to aż takim problemem, może kiedy wraca do domu ze żłobka nasiedział się już przy stole wystarczająco.

Autorki książki i zwolennicy metody BLW twierdzą, że karmione ta metoda dzieci maja mniejszą szansę nadwagi, mniejsze upodobanie do słodyczy ( a większe do produktów skrobiowych) oraz szersze horyzonty kulinarne, bo traktują jedzenie jak coś przyjemnego więc nie boją się nowości.

Czy u nas się to sprawdziło? W zasadzie z perspektywy czasu mogę się zgodzić, choć oczywiście każde dziecko jest inne. Edzio jest szczupły, na widok frytek dostaje dużo większego hopla niż na widok ciastek, i je całkiem sporo z tego, co przed nim postawimy. Oczywiście nie wszystko (jak widać po poprzednich wpisach) i oczywiście świetnie wyczuwa, kiedy nam na czymś zależy, żeby pokręcić na to nosem. Ale zdarza mu się wciąż próbować rzeczy, których wcześniej na oczy nie widział, ostatnio na przykład kraba (nie za bardzo mu jednak zasmakował). Oraz ekscytować się zagranicznymi potrawami z atlasu „Mapy” Mizielińskich, na przykład paellą, tortillą i ratatouille. Nazwy wzbudzają dzikie salwy śmiechu, co przekłada się potem na chętną konsumpcję, ostatnio paelli. W ogóle największą zaletą BLW było dla nas po prostu brak stresu przy jedzeniu i mnóstwo radochy z dziecka przeżywającego kulinarną przygodę.

Poniżej kilka zdjęć wspominkowych, na pierwszym co prawda wciąż papka, ale łyżeczkę już twardo trzymał sam. Potem od owoców płynnie przeszliśmy do kukurydzy, spaghetti bolognese i suszonych śliwek pożeranych w całości.

Oczywiście nasze ambitne plany unikania słodyczy spaliły na panewce już dość dawno, więc co jakiś czas jakaś czekolada czy lizak się przydarzą, witane z ogromnym entuzjazmem, ale sami nie jemy ich na co dzień, więc Edzio tez załapuje się tylko co jakiś czas. Poza tym każdy dwulatek chyba przechodzi przez różne fazy, obecnie pomidory i buraki, kiedyś ukochane są be, a marchewka i groszek cacy. Z rybami też bywa różnie, chyba że są w panierce. Za to od maleńkości przyzwyczajony jest do mocnych przypraw, bo gotowałam dla wszystkich jedną kolację, różniącą się tylko brakiem soli w porcji dla dziecka, więc kiedy tylko chcę „przemycić” jakieś konkretne warzywa czy większą ilość mięsa, wystarczy, że zrobię pikantne curry, a wszystko zostanie pochłonięte w mig.

Mhm, chyba muszę nauczyć się robić dania indonezyjskie, szczególnie mie goreng, zanim kubki smakowe Edzia zapomną azjatyckich smaków z naszej wyprawy. Mie goreng pochłaniał z wyjątkowym entuzjazmem, szczególnie taki z sadzonym jajem na wierzchu.

Mam nadzieję, że mimo nieregularnych wpisów ktoś mnie jednak czyta, więc mam pierwsze w historii bloga pytanie: chcielibyście jakieś przepisy czy sugestie na sprawdzone dania BLW? Nas to już nie dotyczy, ale dość dobrze pamiętam, jakie były hity i mogę się podzielić. Większość pochodziła z książki kucharskiej BLW, ale kilka z różnych innych miejsc.

czwartek, 24 kwietnia 2014

No i znów mam opóźnienia zarówno w gotowaniu, jak i w pisaniu. Zaczęło się od tego, że tytułowe burgery okazały się być takie sobie i raczej nieinspirujące do kolejnych przepisów, a potem nastąpił nagły atak szkarlatyny. Całe szczęście atak zakończył się stosukowo szybko i bezboleśnie, ale tydzień w domu z chorym dzieckiem wypełniony oglądaniem w kółko Reksia i wstawaniem w środku nocy celem wciśnięcia dawki antybiotyku i tak wyprał mnie z energii.

Ale skoro w zeszłym tygodniu dwa tygodnie temu w Masterchefie pojawił się pan, który zaprezentował sędziom z uśmiechem najobrzydliwszą wersję pyzy ze śliwkami, jaką widziałam, wyznawszy im uprzednio, że nigdy nie lubił pyz swojej babci, to w sumie mogę pochwalić się i burgerem, który w końcu był zupełnie jadalny.

Może mam po prostu zbyt wysokie oczekiwania – nie da się chyba spisać ponad 200 nowych przepisów tak, żeby wszystkie powalały na kolana. A może jadam hamburgery zbyt rzadko a jeśli tak, to wyłącznie w restauracjach a nie w McDonaldzie, więc jestem pewnie trochę wybredna.

Modyfikacje: Dodałam wszystkiego więcej do mięsa na burgery – na oko dwa razy więcej piwa jak i musztardy. Poza tym ogórki konserwowe zastąpiłam domowymi grzybkami, które akurat były w spiżarce.

Największe wyzwanie: W zasadzie żadne, może nieudana próba przegryzienia sałatki się liczy.

Największe zaskoczenie: Mało smaku, mało ciekawie i w ogóle jakoś tak bez polotu, szczególnie w porównaniu z poprzednimi daniami! Mięso na burgera kiepsko wchłania piwny smak, wydaje mi się, że brakowało odrobiny bułki tartej żeby go podkreśliła. Sałatka sprawie wrażenie na siłę odchudzonego coleslaw i jest nuudna, kusiło mnie żeby dołożyć do niej po prostu łyżkę majonezu. Gruszka zupełnie ginie, a rukola zupełnie nie pasuje. Poza tym octy kiepsko się sprawdzają do kapusty.


Werdykt dorosłych: Mimo narzekania zjedliśmy większość, bo burger to burger, ale użyliśmy sporej ilości keczupu i sosu do grilla. W przepisie był co prawda dip, ale zdecydowanie za mało esencjonalny jak na burgera. Meh.

Werdykt Edzia: Również meh, pomemłał bułę, wyskubał trochę marchewki z sałatki – to ostatnio jedyne w pełni akceptowane warzywo poza groszkiem – i stracił zainteresowanie. Chyba udzielił mu się nasz brak entuzjazmu, bo mięsa nawet nie spróbował ;)

Przepis zaliczony, mogę ruszać dalej. Przynajmniej na Wielkanoc Marcin zrobił pysznego polskiego królika w śmietanie, a ja ugotowałam żurek oraz upiekłam zakalcowatą, ale wciąż całkiem smaczną babkę. Z babką jeszcze powalczę, bo próbowałam ją zmusić do współpracy w maszynie do chleba, ale to już innym razem.

czwartek, 03 kwietnia 2014

Zazwyczaj jemy sporo ryb i owoców morza, bądź to w formie ryby w panierce, kiedy mi się spieszy (poza tym, które dziecko nie uwielbia paluszków rybnych?), bądź pod postacią ulubionego chińskiego łososia z grilla, bądź wrzucając krewetki gdzie się tylko da. Edzio do niedawna był wyłącznie rybożerny i mięsa nie tykał, teraz to się trochę zmienia, ale wciąż na morskie stwory reaguje z większym entuzjazmem niż na lądową padlinę. Dlatego też ze zdziwieniem zauważyłam, że poza nędznymi resztkami krewetek w niedawnej paelli ryby nie jedliśmy ze dwa tygodnie. Tak więc czas na coś z morza, a że dzięki wokowi wciąż mam fazę na dania orientalne padło na łososia quasi-japońskiego.

Co prawda wok jest w tym przepisie zbędny, ale znów jest żonglowanie garnkami, choć ciężko mieć o to pretensje skoro jest ryba, warzywa i ryż. Za to całość nie jest przesadnie skomplikowana i nie przyprawia o zawał serca. Tym razem przygotowałam zawczasu dressing do warzyw żeby mieć jedną rzecz z głowy. I całe szczęście wyciągnęłam z lodówki rybę, dzięki czemu zorientowałam się, że trzeba ją oskrobać. Hm, jakoś nigdy nie skrobałam wcześniej łososia, myślałam, że taki z supermarketu przychodzi bez łusek… A tu okazuje się, że jest ich całe mnóstwo, musiałam ich zjeść już w życiu z pół kilo - ten piękny srebrny połysk na skórce to właśnie łuski. Są dużo mniejsze i delikatniejsze niż karpiowe, ale jednak ich usunięcie robi wielką różnicę. 

Modyfikacje: W zasadzie symboliczne. Znów użyłam pełnotłustego mleka kokosowego, bo takie mi zostało z dim sumów, dodając odrobinę więcej wody do ryżu. Dosoliłam tez ryż i użyłam sporo więcej herbaty do panierki, bo jedna torebka wystarczyła na całego jednego fileta. Oraz, jak zapewne już zgadliście, podzieliłam ilość kolendry przez dwa. Poza tym rybę usmażyłam na oleju rzepakowym, oliwa żywcem do kuchni orientalnej nie pasuje.

Największe wyzwanie: Pilnowanie garów żeby wszystko doszło, kiedy trzeba. Nie udało mi się tylko z zieleniną, brokuły jak zwykle się rozpadły, ale nie wpłynęło to nijak na ich smak, tylko wyszły mniej fotogeniczne. Oraz, jak się okazuje, zrobienie ostrego zdjęcia komórką. Chyba popełnię obciach i kupię sobie mini statyw do telefonu... Na razie muszą mi wystarczyć brutalne filtry z Picasy.


Największe zaskoczenie: Sos do warzyw, który wydawał mi się nieco podejrzany, wyszedł pyszny! Poza tym ryżu jest całe mnóstwo, nie da rady zjeść wszystkiego. Następnym razem zrobiłabym mniej ryżu a więcej ryby. I więcej sosu!

Werdykt dorosłych: Mieszany. Marcin uznał, że całość jest niezła, ale niedoprawiona, mnie całkiem smakowało. Nie da się ukryć, że spora ilość łagodnego ryżu i przyprawiona głównie herbatą ryba mogę być nieco nudne, ale odpowiednia ilość soli i pieprzu bardzo poprawiła sprawę, a według mnie warzywa wyrównują te braki z naddatkiem. Sos, co do którego miałam podczas miksowania spore wątpliwości, okazał się być clue programu. Intensywny, z idealna równowagą słonego, pikantnego, kwaśnego i słodkiego smaku. Nie wiem, czy wyczułabym w nim miso, gdybym o nim nie wiedziała, ale nuta umami jest bardzo wyczuwalna. Nawet kolendra jest na miejscu. Jedyny minus to ten, że trzeba tym sosem polać całą resztę dania, a jest go zdecydowanie za mało, więc rzeczywiście całość traci.


Werdykt Edzia: Tym razem całość wyraźnie przypadła mu do gustu. Obgryzł trochę strąków groszku, pochłonął sporo ryżu i trochę ryby, ale największym hitem była chrupiąca skórka od łososia. Warto było skrobać te łuski! Mnie tez bardzo przypadła do gustu, choć Marcin na widok rybiej skóry zawsze się krzywi. I dobrze, tym więcej dla nas. Poza tym pępił się strasznie do kawałków chilli, i to już nie pierwszy raz. Co najdziwniejsze, choć nie był w stanie jej zjeść, po wylizaniu nie zrobił się czerwony ani nie rozpłakał, tylko spokojnie uznał, że woli jednak co innego. Chilli była akurat wyjątkowo pikantna, więc chyba podniebienie ma w tatę. Swoja drogą, zaczyna być widać efekty dwujęzyczności w mowie codziennej– na zmianę twierdził, że chilli jest pikantna i gorąca, kalka językowa jako żywo ;)

 
1 , 2 , 3